Czemu zaufać: miłości chrześcijańskiej czy… zdrowemu rozsądkowi?

W mediach społecznościowych spotkałam się z takim twierdzeniem: Gdyby dziś przyszedł Jezus Chrystus, stanąłby po stronie uchodźców z Azji i Afryki, którzy rozpaczliwie ryzykują życie, by dostać się do lepszego życia w Europie Zachodniej, czyli w Unii Europejskiej. Nie da się ukryć, Polska jest krajem konserwatywno – katolickim. Większość naszych rodaków opowiada się za zabronieniem przybywania do naszego kraju imigrantów z Azji, zwłaszcza muzułmanów i Afryki. Lewicowo i modnie politycznie nastawieni uczestnicy forów dyskusyjnych Facebooka. piszą: jak wy – katolicy możecie być wrogo nastawieni do tych biednych imigrantów? Gdzie wasza miłość chrześcijańska ? I… wyciągają wniosek: nie lubię katolicyzmu, powinien być zmieciony z powierzchni ziemi, bo jest fałszywy i niszczy ludzi. A jaka jest prawda? Czy imigranci zarobkowi z krajów arabskich i Afryki to rzeczywiście biedni ludzie czy… podejrzany element, z którego rekrutują się terroryści fundamentalizmu islamskiego?

Obecnie w Polsce znowu wyszedł problem imigrantów arabskich. Przyczyniło się do tego ponowne objęcie władzy w Afganistanie przez Talibów. Wielu biednych Afgańczyków wykorzystało jako pretekst do ucieczki z kraju i dostania się do lepszego życia w Europie Zachodniej. Jako drogę do Unii wybrali przez Białoruś. Dziś mamy kryzys imigracyjny. Na granicy Białorusi, Litwy, Łotwy i Polski koczuje około stu nielegalnych imigrantów. Problem zasadza się w tym, że prezydent Białorusi Łukaszenka wykorzystuje ten fakt do walki propagandowej z Unią. I kiedy na granicy na Litwie i w Polsce jest Stan Wyjątkowy nie nie mogą tam przebywać żadni dziennikarze, a polska straż graniczna z obojętnością patrzy na głodujących koczujących ludzi, Łukaszenka dowozi im żywność, koce, po białoruskiej stronie jest pełno dziennikarzy i… taki przekaz idzie w świat. Kryzys imigracyjny na granicy podzielił rząd i opozycję. Opozycja lituje się nad biednymi imigrantami, którzy wg. niej szukają swojego domu i domaga się przyjęcia imigrantów i…. strzeliła sobie w kolano. Rządowi pisowskiemu notowania w sondażach wzrosły, bo społeczeństwo polskie popiera politykę imigracyjną rządu. Śmiem podnieść tezę, że wprowadzając Stan Wyjątkowy na granicy rząd nie tyle kierował się polską racją stanu, a tym, by wzrosły mu notowania u wyborców. Zwłaszcza, że rząd stracił koalicyjną większość i bardzo prawdopodobne są przedterminowe wybory wiosną przyszłego roku. Czy w swoim negatywnym stosunku do imigrantów społeczeństwo polskie ma rację? Czy to dowód na ksenofobię i rasizm polskiego społeczeństwa? Czy polskie społeczeństwo będąc przeciwko imigrantom łamie zasady katolicyzmu mając przy tym gęby pełne frazesów o miłości chrześcijańskiej? Jacy są ci imigranci zarobkowi z Azji i Afryki?

Na te pytanie stara się odpowiedzieć niemiecki film pt. : Berlin – Alexanderplatz, nakręcony wg. książki niemieckiego pisarza z lat trzydziestych ubiegłego wieku, czyli czasów faszyzmu Hitlera i zwycięstwa rasizmu w Niemczech. Akcję autorzy filmu przenieśli do Berlina obecnych czasów, a prawdziwym bohaterem filmu jest tytułowy Alexanderplatz – luksusowa dzielnica w Berlinie – miejsce marzeń głównego bohatera filmu. Film jest podzielony na pięć krótkich części i epilog, cześć następna wynika z poprzedniej, cały film trwa trzy godziny. Zaczyna się znamienną sceną w morzu, pokazanym w kolorze czerwony, nielegalni imigranci toną, jeden rozpaczliwie usiłuje się ratować i wypływa, potem słychać szum helikoptera. Pojawia się napis: część pierwsza. Akcja się dzieje w nielegalnym ośrodku dla uchodźców. Główny bohater murzyn Francis, który przybył do Niemiec z jednego państwa afrykańskiego do Niemiec. Mieszka w ośrodku dla nielegalnych imigrantów i pracuje na czarno. Ośrodek to siedlisko występku i prostytucji, ale Francis próbuje przetrwać i wyjść na ludzi. Jego stabilizacja kończy się, kiedy jeden z nielegalnych robotników ulega wypadkowi, Francis udziela mu pomocy i wzywa karetkę. Właściciel chce zwolnić wszystkich, wtedy jego przyjaciel zwala winę za wypadek na Francisa i Francis zostaje zwolniony. W ośrodku był naganiacz z mafii, by werbować nielegalnych imigrantów do handlu narkotykami i jego zdaniem lepszego życia. Daje Francisowi swoją wizytówkę. To pierwszy upadek Francisa jak komentuje jego ukochana. Francis zgłasza się do Reinholdza, psychopatycznego zausznika szefa mafii Pumsa. Francis zostaje alfonsem, nagania swojemu szefowi panienki, nie godzi się jednak sprzedawać narkotyków. Rozdaje posiłki innym dealerom narkotyków, też nielegalnym imigrantom. Między Francisem a Reinholdzem rodzi się dziwna przyjaźń. Kiedy Reinhold wbrew poprzedniej obietnicy wciąga go w napad na sklep, Francis się buntuje. Reinhold usiłuje go zabić i wyrzuca go z pędzącego samochodu. Francis przeżywa, ale traci rękę. W opiekę biorą go kobiety – imigrantki, Eva – imigrantka z Egiptu, właścicielka domu publicznego i lesbijka. Opiekę powierza imigrantce z Europy Wschodniej, luksusowej prostytutce Mieze. Między Francisem a Mieze rodzi się miłość. Mieze jest w ciąży, ale uczciwe życie nie jest dane Francisowi. Murzyn znowu daje się omamić Reinholdzowi. Kiedy podczas nieudanego napadu szef mafii zostaje ranny, Reinhold go zabija i zostaje szefem mafii. Francis, którego Reinhold ze śmiechem ochrzcił niemieckim imieniem Franz zostaje jego prawą ręką. Już nie rozdaje posiłków dealerom, ale nagania mu ludzi z ośrodków dla nielegalnych imigrantów jak niegdyś Reinhold Pumsowi. Kulminacyjna scena to bal przebierańców w barze Evy, na który Reinhold zaprasza Francisa z Mieze. Ale Francis się nie zgadza, chce trzymać ukochaną z dala od tego bagna. Nie daje się jednak. Rozżalona Mieze umawia się z klientem. Okazuje się, że tym klientem jest Reinhold, który gwałci Mieze. Reinhold prowadzi z obojgiem cyniczną grę. Francis, który uważa szefa za przyjaciela, nie wierzy ukochanej, że to zły człowiek i nawet od niej odchodzi. Nie chce jednak kobiet podsuwanych mu przez szefa i wraca do Mieze. Mieze wyciąga od niego, że to on chciał zabić Francisa. Reinhold pokazuje Mieze piekło nielegalnego ośrodka dla uchodźców i mówi, że wyciągnął z niego Franza. Potem morduje Mieze. Francis zostaje aresztowany i oskarżony o zamordowanie Mieze. Przeżywa szok, że ukochana nie żyje. Jednak Eva jest dobrą przyjaciółką. Podczas upojnego seksu Reinhold przyznaje się do zamordowania Mieze i zostaje aresztowany. Francis go zabija w więzieniu. Epilog: Francis wychodzi z więzienia, przychodzi po niego Eva z jego kilkuletnią córeczką, która przeżyła śmierć matki. Francis ma dla kogo żyć. W ostatniej scenie widzimy go w eleganckim garniturze przy fontannie na eleganckim Alexanderplatz w Berlinie. Spełnia się jego sen o nowym życiu w Europie…

Film jest długi, ale ciekawy i nie czuje się wcale tej długości jak go się ogląda. A to wielki plus filmu, bo to nie jest typowy film obyczajowy, ale film psychologiczny z dużą ilością scen symbolicznych. Już sama narracja To symbol. Dzieje głównego bohatera komentuje jego ukochana Mieze i na końcu dowiadujemy się, że po śmierci. Możemy się domyślać, że jako osoba już w innym świecie widzi, jakie są losy jej ukochanego. Film ma dużo odnośników do Biblii. Już pierwsza scena, kiedy bohater tonie w morzu, a to morze jest czerwone, nawiązuje do wędrówki Mojżesza do Ziemi Obiecanej przez rozstępujące się Morze Czerwone. Kiedy bohater popełnia grzech i daje się Złu widzimy go na tle krzyża jak szarżuje na niego byk. Moim zdaniem to nawiązanie do Qvo vadis Henryka Sienkiewicza – taki polski akcent – i męczeńskiej śmierci nawróconego łotra Chilona Chilonidesa w dramacie Aureolus. Komentująca po śmierci Mieze mówi, że jej ukochany trzy razy upada, co jest nawiązaniem do męczeństwa Chrystusa. I znamienny jest finałowy symbol, kiedy Francis zrozpaczony i zrezygnowany morduje Reinholdza: leży na rękach Mieze w Niebie, to piękne nawiązanie do słynnych w sztuce piet: ciało martwego Chrystusa na rękach Matki. Francis umiera i… zmartwychwstaje. Jest kimś innym. Staje się dobrym jak marzył. Ale żeby to się stało przeszedł przez mękę. Film jest psychologiczny. Pokazuje rozterki psychiczne bohatera, który mówi: chcę być dobry! Ale los mu nie daje. Film zresztą pokazuje, jak bezwolna jest jednostka wobec losu. To los kieruje naszym życiem, a człowiek musi się podporządkować. Film pokazuje biblijną walkę o bohatera Dobra i Zła. Bohater mówi: chcę być dobry! Ale Szatan, którego uosobieniem jest Reinhold go kusi i… bohater mu ulega i upada. Na końcu jednak zwycięża Dobro! I ta walka Szatana z Bogiem o duszę Bohatera to największy atut filmu. Film jest bardzo religijny i… bardzo chrześcijański, co jest novum, kiedy się dowiadujemy, że film jest o imigrantach z Afryki i Azji. Film jest niemiecki, ale reżyserem jest Niemiec o korzeniach afrykańskich lub arabskich, co można wnioskować z nazwiska. Moja koleżanka bowiem mówi, że to dobrze, bo jakby ten film nakręcił Europejczyk okrzyknięto by go ksenofobem i rasistom. Dobrze więc, że prawdę o imigrantach pokazuje nie Europejczyk a jeden z nich. A… ta prawda pokazana w filmie jest zupełnie inna niż każe nam myśleć oficjalna słuszna polityka. Imigrant pokazany w filmie to nie biedny uchodźca, który desperacko chce lepszego życia w Europie, pracy, a margines społeczny. To prostytucja, handel ludźmi, narkotykami, to gangi przestępcze, to przestępczość. I niestety… taki obraz nielegalnego imigranta w Europie jest prawdziwy! I dziwić się, że ludzie się tego boją!

Pewien mój znajomy powiedział: imigrantom arabskim stanowcze nie! Lumpów mamy dość własnych, przyjezdnych nam nie trzeba! To zdanie jest bardzo ksenofobiczne, ale niestety, trudno odmówić mu racji. W Paryżu na luksusowej ulicy w Alejach Elizejskich jest koczowisko nielegalnych imigrantów. Policja ich goni, ale to walka z wiatrakami, bo na drugi dzień wyrastają nowe slumsu. Polacy boją się, że jak wpuścimy imigrantów z granicy białoruskiej to na Marszałkowskiej w Warszawie wyrosną slumsy jak w Paryżu. A prawda jest taka, że większość tych imigrantów nie chce w Europie pracy, tylko niemieckiego socjalu. I… chyba na Zachodzie się już ocknęli? Bo Angela Merkel już nie chce uchodźców z Białorusi i popiera działania rządu polskiego na granicy.

Podstawowe przykazanie jakie dał Jezus Chrystus swoim wyznawcom, a przez nich wszystkim chrześcijanom to Przykazanie Miłości. Mówi ono: Miłuj Bliźniego swego jak siebie samego! I miłujcie nieprzyjaciół swoich! To oznacza, że kiedy Chrystus widzi, jak katolik i wierzący odnosi się do nielegalnych imigrantów szukających swojego miejsca na ziemi, to … zaciska zęby z bólu. Gwoźdź wbija mu się głębiej w nadgarstki i… robi to ten, co mówi, że go kocha. Podchodźmy do nielegalnych imigrantów jak do ludzi! To też nasi bliźni! Ale… Rocznica islamskiego zamachu terrorystycznego na World Trade Center w New Yorku. Zginęło tyle niewinnych ludzi. Pamiętamy i… nienawidzimy! I… cierpi też wiele niewinnych ludzi muzułmańskiej religii. Czasy New Age – Czasy Ostateczne. Szatan rządzi i szaleje. Damy się mu? Czy zdrowy rozsądek w stosunku do arabskich uchodźców kłóci się ze zdrowym rozsądkiem. Warto się zastanowić i odkryć w nas pokłady Dobra. To nie wyraz naiwności, a Szatan się wycofa niepyszny, bo… uzna nie ma u nas co szukać. A my… zrobimy krok, by rozpoznać przybywającego Chrystusa. Ironią losu, by było, gdyby Chrystus przybył przez Czerwone Morze pośród nielegalnych imigrantów. Przyznamy się do Niego???

Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Jedna myśl nt. „Czemu zaufać: miłości chrześcijańskiej czy… zdrowemu rozsądkowi?”

  1. Znamienne jest to, że film jest o czarnych imigrantach, a główny bohater też jest czarny. Nie podejmuje w ogóle imigrantów z krajów arabskich, którzy szukają błogiego leniuchowania na socjalu w Unii, najczęściej w Niemczech. Moim zdanie autorami filmu są Niemcy pochodzący z Azji lub Afryki, najprawdopodobniej bali się pokazać negatywny obraz arabskiego uchodżcy, bo bali się, że terroryści wydadzą na nich wyrok śmierci. Rodzi się więc problem, czy za Zachodzie rzeczywiście istnieje wolność słowa i jak daleko sięga. Wiarę chrześcijańską można do woli krytykować, posuwając się do wyszydzania i opluwania. A spróbowaliby żle napisać o muzułmanach?

    1

    0

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.