|
Studenci dziennikarstwa pierwszego roku są przekonani, że będą
pracować w zawodzie. Przez kolejne pięć lat sukcesywnie dochodzą do
wniosków, że dziennikarstwo to nie jest ich wymarzony zawód. Czemu się
tak dzieje?
Już na początku studiowania zaczynają dostrzegać
mainstreamowość polskich mediów. Okazuje się, że wymarzone praktyki w
telewizji nie są tak wymarzone jak miały być, a pisanie artykułów pod dyktando naczelnego
czy wydawcy to norma. O takich michałkach dowiadujemy się dopiero w
trakcie praktyki studenckiej, albo co gorsza dla młodego adepta, w
pierwszej pracy.
Dziennikarstwo, to ciężki kawałek chleba. Jeden z redaktorów, który
uczył mnie powiedział mi, że jedyne czego nauczył się w środowisku
dziennikarskim, to picia wódki.
Takich przykładów pewnie można mnożyć. Dlaczego piszę ten artykuł?
Złośliwi powiedzą, "bo mu nie wyszło w dziennikarstwie". Otóż
niekoniecznie. Mam pracę, piszę artykuły i robię kilka innych rzeczy.
Artykuł ten ma na celu pokazanie zakłamanej rzeczywistości,
którą środowisko dziennikarskie lukruje do bólu. W końcu kto jak nie
ono umie najlepiej kreować rzeczywistość? Rzadko, który dziennikarz
przyznaje otwarcie co się dzieje w redakcjach. Nakręcanie tematów
na siłę to norma, dziennikarze mają w dupie, to co robią. Chcą skończyć
jak najszybciej dany temat i iść do domu, a to nie jest takie proste.
Każdy nowy adept dziennikarstwa musi przejść podstawową ścieżkę. Czyli w większości jest to reporterka. Bieganie za materiałem, to tu to tam, nieważne czy masz czym jechać. "Masz zrobić materiał rozumiesz? Wszyscy są w terenie, a ja potrzebuje materiału - zrób coś".
No i bierzesz sprzęt wsiadasz w autobus i jedziesz przez zakorkowane
miasto. Okazuje się, że nie zdążyłeś na konferencję. Dzwonisz do
redakcji i mówisz, że były korki. Dostajesz opierdol, że nie
masz materiału i każą Ci jechać w inny koniec miasta, bo tam coś się
dzieje, a na wieczorny serwis musisz coś przynieść.
Okazuje się, że dwie godziny w korku i spóźnienie się na konferencję
wcale nie nastawiają Cię pozytywnie do następnej wycieczki na drugi
koniec miasta, na następną konferencję. Potem oczywiście do redakcji i
zanieść wszystko wydawcy, a przepraszam bardzo zapomniałem o lizaniu dupy - to obowiązkowo. Może po 5 latach lizanka i przymilania się wszystkim, korporacja doceni Ciebie.
Jak się okaże, że jesteś dobry i masz predyspozycje, pasję,
to zostaniesz na dłużej. Odnajdziesz się, poznasz fajnych ludzi w
redakcji, będziecie robić świetne materiały dziennikarskie. Po czym
przyjdzie kryzys i Cię zwolnią, bo masz stałą umowę i niezłe zarobki. A
jakiś młodzik nieco gorzej, ale zrobi za Ciebie podobny materiał. Już
wiecie do czego zmierzam? Dziennikarstwo jest w rękach wielkich korporacji,
które jak nie trudno się domyślić są bezduszne. Dziwi mnie to, że tak
mało pisze się o dziennikarskiej obłudzie, która kreuje nic nie warte
tematy. Tak bardzo wszyscy dziennikarze ślinią się na swoją wymarzoną
przyszłość dziennikarską, że boją się poruszać podobne do tych tematów.
"Nie nie napisze tego, może ktoś to potem przeczyta i nie zostanę wydawcą."
Zaznaczyć muszę, że piszę tutaj o dziennikarstwie tym z średniej półeczki, którego jest mnóstwo, a które nie jest doceniane.
Mam tu na myśli reporterów, osoby piszące informację, kulturę, sport.
Oczywiście jest wąska grupa publicystów, dziennikarzy, filmowców, niesamowicie utalentowanych,
którzy z pomocą swojego talentu i zajebistych materiałów zatykają gęby
tym na górze i robią niezależne tematy, które zdobywają nagrody. Tych
jednak jest mało. Kolejny temat, to zawiść i zazdrość, która w
redakcjach jest na porządku dziennym. Doświadczeni dziennikarze nie chcą pomagać
i uczyć młodszych. Dlaczego? Bo najzwyczajniej w świecie albo są
zdołowani ciężką pracą i nie mają siły albo boją się małolatów, którzy
mogą wnieść świeżość i nowe pomysły. Nie winie tutaj ludzi pracujących
w tym zawodzie. Winię za taki stan rzeczy globalizację kapitału
medialnego, który zmusza do chorych zachowań.
To takie moje krótkie przemyślenie o otaczającej nas rzeczywistości.
|