Ujrzeć się w lustrze upiększającym!

Jest taka piękna stara baśń dla dziewczynek pt. Królewna Śnieżka. W tej baśni zła królowa miała czarodziejskie lustro, które miało potwierdzać, że jest najpiękniejsza na świecie. Tymczasem królowa codziennie pytała: „Lustereczko powiedz przecie, kto najpiękniejszy jest na świecie?” A lustro niezmiennie codziennie odpowiadało: „Piękna jesteś królowo jak gwiazda na niebie, ale królewna Śnieżka jest sto razy piękniejsza od ciebie.” Ta baśń opowiada prawdę o nas. Każdy pragnie być kimś w życiu, odznaczyć się, nie być szarą masą – jednym pyłem w ponad miliardzie ludności na ziemi. Tą część psychiki, która odpowiada za to, kim jesteśmy w psychologii nazywa się ego. Ego może być wycofane, czyli kiedy człowiek nie docenia swojej wartości, może być ego realne, kiedy człowiek, wie kim jest i kim może być i rozbuchane ego, kiedy człowiek ma mniemanie o sobie wyższe niż realne możliwości. Ego realne to podstawa zdrowej psychiki człowieka, te dwa pozostałe to patologia, świadczą o tym, że z psyche człowieka jest coś nie tak. W psychice człowieka istnieje poczucie własnej wartości. Czy poczucie własnej wartości to objaw pozytywnej psychiki człowieka?

W moim gabinecie terapeutycznym siedzi przede mną kobieta dość ładna, ale widać, że wycofana z życia. Ma lat czterdzieści, a już wokół oczu robią jej się „kurze łapki”, nie dba o siebie, nie używa kremów, nie chodzi do fryzjera i kosmetyczki, jest bez makijażu, włosy z tyłu związane w bezkształtny koński ogon, ubrana w granatową spódniczkę, która pamięta modę z lat osiemdziesiątych i sfilcowany sweterek. Lekarz psychiatra stwierdził u niej schizofrenię paranoidalną, ale dobrze rokującą w leczeniu i przysłał ją do mnie na terapię psychoanalizy. To Ewa D. Pierwsze zdanie, jakie padło, kiedy się jej spytałam, jak się czuje było jestem do niczego, brzydka, mało inteligentna i dlatego zawaliłam studia. Kiedy ją „drążyłam”, wyszło, że już od podstawówki była bardzo wycofanym dzieckiem, nie potrafiła znaleźć sobie przyjaciółki, a potem sympatii. W szkole podstawowej rodzice wpoili jej, że ma się uczyć, że jej życiem ma być zdobycie dobrego wykształcenia i dobrego zawodu. Cały więc czas poświęcała nauce, miała same piątki. Dowartościowywało ją, kiedy rodzice na zjazdach rodzinnych dumni, ją wołali i przepytywali z tabliczki mnożenia albo kazali recytować Sonety Krymskie Mickiewicza. W Ogólniaku nic się nie zmieniło, tylko tabliczka mnożenia zamieniła się na język francuski. Rodzice chwalili się tym, że wygrała Centralną Olimpiadę w języka francuskiego i na zjazdach rodzinnych kazali jej opowiadać gościom o zabytkach Paryża po francusku. Ona była z siebie dumna i wśród koleżanek uchodziła za zarozumiałą. Gorzej uczące się koleżanki miała za nic, śmiała się z uczennicy, która była trochę opóźniona w nauce i trzeba było jej pomagać. Kiedy wychowawczyni ją poprosiła, by Bożenie udzielała korepetycji, powiedziała: że nie jest od tego, by ciągnąć za uszy niedojdy umysłowe! Sama zaś aplikowała do koleżanek brylujących w klasie w nauce i powodzeniu u chłopców, z miernym skutkiem, bo te się z niej śmiały. W Ogólniaku już nie była taka dobra w nauce, tylko z francuskiego była prymuską. Maturę zdała na… państwowym poziomie, a na upragnioną romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim dostała się dzięki temu, że była laureatką Olimpiady Centralnej. Ale… na studiach zmienił się styl nauki. Kucie na pamięć było już na nic. Na drugim roku zawaliła egzamin z fonetyki. Powtarzała rok i zawaliła po raz drugi. Usunęli ją ze studiów. Wróciła do domu, ale już się nie podniosła. Nie szukała dla siebie innych studiów. Nie poszła do pracy. Siedziała w domu, słuchała wyrzutów rodziców, że pogrzebała ich pieniądze wydane na jej wykształcenie, że zawiodła ich nadzieje. Nie wytrzymała psychicznie. Zaczęła nachodzić dawne koleżanki i każdej opowiadała, że jest do niczego, do niczego się nie nadaje, że posłuchała rodziców i poszła na romanistykę, a tymczasem na studia jest za mało zdolna. Powinna iść na jakieś zawodowe studium policealne. Próbowała nawet, poszła na pomaturalną szkołę języka francuskiego. Nie skończyła jej jednak, bo zaczęła wyzywać wykładowców. Po tym jak rzuciła się na jednego studenta bez powodu nie poszła więcej na wykłady. Rzuciła szkołę. W końcu rodzice zauważyli, że mówi od rzeczy, a kiedy… wzięła słownik idiomów francuskiej i zaniosła do koleżanki robiąc jej awanturę, że przepłaciła, kiedy ta jej kiedyś w ogólniaku go sprzedała, i zaprowadzili do lekarza psychiatry. Tym bardziej, że zaczęła opowiadać o sobie cudy – niewidy. utożsamiła się z koleżanką i zaczęła projektować jej osiągnięcia na siebie. Mówiła, że skończyła Oxford, że jest pracownikiem naukowym na Jagiellonce i że… ma męża sześcioro dzieci i jest szczęśliwa i spełniona. Jednocześnie, kiedy ktoś jej zwracał uwagę, że nie ma męża i dzieci, rzucała się na niego z pięściami. Dziś lekarz – mój szef i przyjaciel dr Piotr wyregulował jej nastrój lekami. A po pięciu sesjach psychoanalizy u mnie zauważyłam, że wraca prawidłowa ocena swojej wartości i szacunek do siebie.

Każdy z nas pamięta z dzieciństwa i ze wstydem wspomina popisywanie się talentami przed rodziną. Na przyjęciu rodzinnym, kiedy goście byli już zdrowo podchmieleni, matki wołały swoje pociechy i kazały im mówić wierszyki lub śpiewać albo grać na skrzypcach. Potem zaś pękały z dumy, że ich dziecko takie zdolne. Rodzice też pokazywali zeszyty dziecka czy jego dzienniczki z ocenami. Oczywiście tylko wtedy, gdy dziecko miało same piątki. My z siostrą musiałyśmy na zjazdach rodzinnych deklamować wierszyk: ” Kto ty jesteś? Polak mały!” Jest naturalne, kiedy rodzic wspiera talenty swoich dzieci i jest dumny z ich osiągnięć. Tak zawsze powinno być, bo to powoduje prawidłową ocenę dziecka swoich możliwości i prawidłową ocenę samego siebie. Co dziecko wyniesie z domu, takie będzie jako dorosły. A zatem jak rodzice wspierali talent dziecka, mówili mu, że są dumni z jego osiągnięć, że jego pierwsze naiwne opowiadania a la Trędowata to zalążek prawdziwego talentu i przyszłej sławy jako pisarza, to potem w dorosłym życiu człowiek nie jest zakompleksiony, zna swoją wartość, umie współżyć z innymi ludźmi i jest szanowany przez ludzi. Jest zdrowy psychicznie!

Pamiętam, kiedy byłam w przedszkolu, byłam na noworocznej zabawie w zakładzie pracy rodziców. Ogłoszono konkurs na piosenkę, nagrodą miał być cukierek. Wyrwałam się śpiewać, zaśpiewałam i dumna wróciłam z cukierkiem. Moja mama o mało się nie spaliła ze wstydu, bo mi Bozia nie podarowała ani głosu ani słuchu. Jednak nie wstrzymywała mnie, gdy wyrwałam się śpiewać. Potem w szkole i później wiele razy rwałam się do śpiewania, choć znajomi mi mówili, że będą mi płacić jak przestanę śpiewać. Ja jednak wygrywałam festiwale. Dzięki mnie nasz parafialny chór kościelny wygrał konkurs chórów parafialnych, a szkolny chór zdobył pierwsze miejsce na konkursie chórów szkolnych. Kiedy w drugiej klasie ogólniaka razem z kolegą zdobyliśmy pierwszą nagrodę na Szkolnym Festiwalu Piosenki Francuskiej, przewodniczący jury pan Pierre Cuisset z Ambasady Francuskiej powiedział: „Daliśmy im pierwszą nagrodę, bo jeszcze nikt tak ładnie nie fałszował piosenki „Paroles Paroles”.” Jak widać wspieranie talentów dzieci przez rodziców pozytywnie wpływa na ich własną ocenę w dorosłym życiu. Dołowanie zaś dzieci, powtarzanie im: ty się do tego nie nadajesz, ośmieszasz się, nie masz talentu, bardzo źle działa na dopiero kształtującą się psychikę dziecka. Każda negatywna reakcja zapada w psychikę dziecka i choć może wyparta daje o sobie znać kompleksami. Rodzice często robią błąd i dołują dziecko, by wyeliminować u niego dumę i próżność albo w myśl zasady: co nas nie zabije to nas wzmocni, wyśmiewają i krytykują, by zmusić dziecko do większej pracy nad sobą. Jest to błędne działanie. Niedojrzała i dopiero kształtująca się psychika dziecka chłonie każdą krytykę i bierze do siebie. I rodzić nieświadomie wpędza dziecko w kompleksy.

Jednak rodzice robią i inny błąd. A mianowicie… projektują na dziecko własne marzenia i niespełnione marzenie. Wmawiają dziecku, że ma talent. Każą mu się popisywać talentem przed znajomymi i o mało nie wychodzą z zachwytu. To powoduje… błędną ocenę możliwości dziecka. Dziecko wbite w dumę, że ma wielki talent, że jest kimś niepospolitym zaczyna mieć olbrzymie mniemanie o sobie. Tak się rodzi rozbuchane ego, inaczej mówiąc wulgarnie taki osobnik wyżej s… niż d… ma! Kiedy zaś rozbuchane ego nie ma realnych podstaw, to jest to wielka krzywda dla późniejszego dorosłego człowieka. Kompleksy, rozbieżność między realnymi możliwościami, a wyobrażeniami o sobie skutkują zaburzeniami emocjonalnymi, a nawet chorobą psychiczną. 70% chorych na schizofrenię młodych ludzi w wieku 25 lat, którzy nie dostali się na studia albo zawalili pierwszy rok ma żal do rodziców, że im wmówili, że są zdolni, a okazało się, że sobie rady nie dali.

Lustro odbija zawsze prawdę. Są jednak lustra zniekształcające rzeczywistość, tzw. lustra upiększające. Każdy człowiek chciałby się zobaczyć w lustrze upiększającym. Bardzo to podbudowuje nasze ego. Ale… lustro upiększające jest zwodnicze! Ujrzenie nieprawdy o sobie prowadzi na manowce i… boli! Dlatego kiedy pytasz się zaczarowanego zwierciadła: Lustereczko powiedz przecie kto najpiękniejszy jest na świecie? Oczekuj, że lustro powie: Będziesz piękna jak popracujesz nad sobą! Bo to nie pochlebstwa czynią nas wartościowymi, to ciężka praca nad sobą upiększa nas wewnętrznie. Miej piękną duszę, a będziesz szczęśliwy! A co trzeba zrobić, by mieć piękną duszę? No właśnie, na pewno nie pochlebstwa i rozbuchane ego własne. To raczej prowadzi do Piekła. Do Raju prowadzi nas pokora. ” Błogosławieni pokorni albowiem do Nich będzie należało Królestwo Niebieskie.” Ale… bez przesady! Henryk Sienkiewicz w Quo vadis napisał, że chrześcijanie nie są nieprzyjaciółmi życia i rozkoszy. A Wy jak uważacie, czy do prawidłowej oceny siebie i wyzbycia się kompleksów potrzebna jest etyka chrześcijańska jaką wskazał Sienkiewicz w Quo vadis? Pomyślcie o tym ci, których kompleksy przywodzą na skraj choroby psychicznej!!!

Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.