Poligloci na salonach

Ostatnie wydarzenia związane z hucznym świętowaniem awansu politycznego Donalda Tuska i związanej z tym zmiany rządu, opiewające w pełne wazeliniarstwa zachwyty, pomijają zasadnicze kwestie tych przetasowań: Czy ludzie reprezentujący Polskę w Europie mają ku temu podstawowe kompetencje?

Angielski polskich polityków?
Angielski polskich polityków?

Pamiętam dzień wyboru Donalda Tuska na Przewodniczącego Rady Europejskiej. Paski na TVN24 rozgrzane do czerwoności, peany na cześć człowieka, który stał się najwyżej postawionym politykiem w historii Polski, opinie ekspertów od spraw niepotrzebnych pokazujące jakie wielkie przymioty miał szef rządu, które wyniosły go na piedestał europejskiej wspólnoty. Gdzieś po blokowych oknach słychać było radość polskiej gawiedzi, że Polak dorobi się fortuny w Brukseli, że został zauważony, że się o Nas mówi na świecie.

Piękne zdjęcia Donalda na tle unijnych notabli, jeszcze nieśmiałego ale jak zawsze grzecznego wywoływały łezkę w oku. Polak będzie prezydentem UE, to wielki zaszczyt. Zawsze w takich chwilach przychodzi moment, że namaszczony mąż stanu wypowiada zdania, które stają się historyczne, zostaną zapamiętane przez pokolenia. W momencie, gdy zaczął się wypowiadać Donald Tusk, czar prysł… Kogo wtedy zobaczyłem? To nie był mąż stanu, to nie był dyplomata, to nie był światowy lider. To był ledwo dukający po angielsku karierowicz znad Wisły, który swą usłużnością na europejskich salonach dopchał się do unijnej michy, o którą prosił poprzez tłumacza. W obliczu rozwoju cywilizacyjnego, postępującej edukacji i oświecenia i rosnących wymagań wolnego rynku, którego Tusk, jako liberał był zwolennikiem, powstało pytanie: jak to możliwe, że Polska wychowała przywódcę Europy, który nie potrafi dogadać się swobodnie ze swoimi politycznymi partnerami w Unii? Jak możliwe jest to, że posiedzenia Rady Europejskiej będą prowadzone przez człowieka ze słuchawkami na uszach? Urzędowy język UE to język, z którym polski premier ma ogromny problem. Czy zatem to jest sukces Polski, że wysłała na Zachód człowieka niedouczonego, czy też porażka i obciach, bo to jednak wstyd, że historyk z wykształcenia, przez całe życie nie był w stanie nauczyć się najważniejszego języka, bez którego tam po prostu zginie? Wiele kwestii w światowej polityce załatwia się nie poprzez tłumacza w gabinetach ale na nieformalnych spotkaniach, gdzie ważne są niuanse wypowiedzi, których Donald Tusk po prostu nie zrozumie. Awans Donalda Tuska, który miejmy nadzieję siedzi nad angielskim i go solidnie przyswaja, spowodował zmianę rządu.

Podany skład nowego gabinetu Ewy Kopacz, pokazał dalszą degradację kompetencyjną polskiej dyplomacji i polityki zagranicznej. W imię interesów partyjnych koterii, przyszła premier desygnowała na ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetynę. Jak się później okazało nowy szef polskiej dyplomacji również nie jest znawcą języka angielskiego. Mama Schetyny w medialnych wypowiedziach broniła polityka, tłumacząc, że synek na pewno języka się nauczy, a już ma doświadczenie, bo kiedyś rozmawiał z amerykańskimi koszykarzami. Ciekawe czy boiskowa angielszczyzna, pomoże mu w rozmowach z Barackiem Obamą, czy Davidem Cameronem? Paradoksem w tej sytuacji jest to, że wieloletni minister spraw zagranicznych, człowiek, który biegle zna angielski, doświadczony dyplomata, został odsunięty od spraw, na których się zna. Radosław Sikorski będzie zarządzał pospólstwem w polskim Sejmie. Zamiast negocjować z USA, walczyć o prawa Polaków na Wyspach w konfrontacji z Cameronem, będzie uciszał niesfornych polityków na mównicy i zwoływał Konwent Seniorów. Tymczasem Grzegorz z Donaldem będą latać do Brukseli zaopatrzeni w słowniki polsko-angielskie i armie tłumaczy.

Powstaje pytanie, jaka jest reakcja obywateli? Polska gawiedź ucieszyła się, że Tuska doceniono. Że awansował, że będzie zarabiał miesięcznie więcej niż niejeden Polak przez lata swego życia. Ale pospólstwo szczerzy zęby i się raduje. Nie dostrzega, że władza jest zdegenerowana, że nie ma żadnych kompetencji. Nie tak dawno, w Parlamencie Europejskim „błysnął” angielskim Janusz Korwin-Mikke. Kiedyś mieliśmy premiera, który nie miał prawa jazdy, konta w banku, a chciał kierować Polską. Mam tu na myśli oczywiście Jarosława Kaczyńskiego, który nie był w stanie poprawić swojego wizerunku, na przykład poprzez aktywność w Internecie, ponieważ nie potrafił obsługiwać komputera. Tacy ludzie Nas kompromitują. Przykładów jest wiele. 25 lat wolnej Polski, to czas nominacji partyjnych notabli, ludzi zasłużonych w wieszaniu plakatów, wazeliniarzy, którzy znaleźli sobie sposób na życie, zarabiając na polityce. Uzurpują sobie prawo do reprezentacji narodu, którego problemów nie znają. Sami nie robią zakupów, nie prowadzą samochodów, nie obsługują komputerów, nie znają języków, a pchają się na świecznik. Jest oczywiście w polityce coraz więcej ludzi z przygotowaniem merytorycznym ale są co najwyżej zapleczem dla niedouczonych liderów. Pewnym odniesieniem jest sytuacja Polaków, którzy w tym momencie mają dużo większe kompetencje od politycznej hałastry. Młody, wykształcony Polak jeździ autem, o które sam dba, porozumiewa się swobodnie po angielsku, często zna też inny język. Korzysta z komputera i zna przynajmniej kilka programów. Ma skończone studia, czasem nawet kilka fakultetów. Umie załatwić sprawę w banku i w urzędzie. Takich zresztą umiejętności wymagają pracodawcy od młodych ludzi, starających się o pracę. Obywatele są bardziej kompetentni od polityków, którzy nimi rządzą. Powstaje pytanie, co by się stało, gdyby Tusk, Miller, Kaczyński, Żelichowski wylecieli z polityki i zaczęli wysyłać CV. Jak Donald poradziłby sobie na teście kompetencyjnym z angielskiego podczas rekrutacji? Co zrobiłby Kaczyński na placu manewrowym i jaki numer konta by podał do księgowej w firmie? Czy Żelichowski odpaliłby komputer i znalazł ikonkę Excela? Cała ta radość związana z awansem Tuska tak naprawdę zagłusza podstawowe pytanie o kompetencje polityczne i związaną z tym skuteczność na arenie międzynarodowej. Minister spraw zagranicznych Rosji mówi po angielsku, francusku i synegalsku. W jakim języku dogada się z nim Schetyna albo Tusk? Czy tacy ludzie, jakich mamy przez dziesięciolecia mogą Nas napawać dumą. Ja uważam, że jest to eksport obciachu ale pospólstwo się cieszy bo rządzące miernoty się dorobią a obywatele mimo swych kompetencji zarobią ułamek tego co polityczne gwiazdy.

Autor: Krzysztof

Socjolog, pasjonat fotografii i redaktor w NiezalezneMedia.pl.

Rating: 3.9. From 12 votes.
Please wait...

3 myśli nt. „Poligloci na salonach”

  1. Towarzysz Szmaciak w Brukseli

    Jakże aktualna jest w dzisiejszej Polsce „lektura” autorstwa Janusza Szpotańskiego Towarzysz Szmaciak
    „….Teraz w swej willi siedzi Szmaciak,
    już w spodniach w prążki, a nie w gaciach,
    owinął przy tym się szlafrokiem
    i pije scotch z wiśniowym sokiem.
    Pije, bo się straszliwie martwi
    pod kątem własnym i przyszłości…”

    4

    0
  2. Podwojny AGENT, zabezpieczenie Putina. Agent STASI powolany do Brukseli, zadanie SPECJALNE ? ? ?

    Tak jak Katyn doczekal sie prawdy , tak Smolensk doczeka sie PRAWDY ! ! !

    1

    4
    1. Cóż za porównanie Pani Krystyno, o jakiej prawdzie Pani pisze ? O Smoleńsku wiemy już wszystko. No chyba, że… Agent STASI wkroczy 🙂

      0

      0
creativedog.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.