Polska piłka, dno dna i dziesięć metrów mułu

Mijający tydzień przyniósł nam totalną kompromitację polskich drużyn występujących w europejskich pucharach w piłce nożnej. Mierne wyniki pokazują coraz gorszą kondycję naszego piłkarstwa. Powstaje pytanie jakie są tego przyczyny i gdzie należy szukać winnych tego stanu rzeczy?

Paweł Janas
Paweł Janas

Pasmo klęsk rozpoczął mistrz Polski Lech Poznań, który po brzydkim meczu po raz drugi przegrał z europejskim średniakiem – Spartą Praga, następnego dnia poległa Wisła, rozniesiona w siedem minut przez Azerów z Karabachu Agdam. Austria Wiedeń spokojnie rozjechała natomiast Ruch Chorzów, jedną z najbardziej zasłużonych drużyn w historii polskiej ligi. Dzieła zniszczenia dopełnił Aris Saloniki, który nie bez problemów wyeliminował z dalszych gier najdzielniejszą Jagiellonię Białystok. W grze pozostaje jeszcze Lech Poznań, ale już tylko w Lidze Europejskiej, wydaje się jednak, że z taką postawą nie ma czego tam szukać. Ta agonia polskiej piłki trwa jednak od lat, regularnie dostajemy baty w eliminacjach do wielkich reprezentacyjnych imprez, a nawet jeśli już się zakwalifikujemy, to scenariusz jest zawsze taki sam: pierwszy jest meczem otwarcia, drugi walką o wszystko, trzeci natomiast jest spotkaniem o honor. Nasze drużyny przegrywają w pucharach z drużynami z Azerbejdżanu, Estonii, męczą się z maltańskimi „potentatami”. Reprezentacja nie potrafi strzelić bramki Finlandii, dostaje baty od Hiszpanii, co cieszy trenera kadry.

Uważam, że problem będzie się pogłębiał i jeśli nie zmieni się całokształt polskiej piłki, na Euro 2012 powtórzy się wyżej zarysowany scenariusz i od fazy pucharowej będziemy w grze oglądać inne reprezentacje, bo Polska szybko odpadnie. Należy zatem szybko wskazać źródła problemu i je eliminować. Zadanie to nie jest łatwe, gdyż zdaję sobie sprawy, że ilu kibiców, tylu w Polsce trenerów. Niektóre kwestie są jednak aż nadto widoczne. Polscy kopacze – nażelowane gogusie bez ambicji i charakteru. Zacząć należy od bezpośrednich autorów polskiego blamażu, czyli piłkarzy. Niestety nasi zawodnicy są słabi, to widać przy każdym meczu. Ale brak umiejętności można nadrabiać ambicją i kondycyjnym przygotowaniem. Niestety nasi piłkarze w okresach treningowych bardziej interesują się nowymi kontraktami, transferem do europejskich średniaków czy słabeuszy niż swoją sportową formą. Dlatego zawsze słyszymy, że puchary są za wcześnie, bo oni nie rozpoczęli jeszcze ligi. Jakoś innym zagranicznym piłkarzom to nie przeszkadza. Pod koniec sezonu nasze orły są już natomiast przemęczone. Tym kopaczom brakuje ambicji i zadziorności. Najważniejsze to się opalić na solarze, walnąć żel na włosy, pójść na disco i opryskać się najdroższymi perfumami, przy wyjściu na boisku natomiast warto się przeżegnać. Gra jest mało ważna. Patrząc na mecze polskich drużyn widać pseudogwiazdorstwo, brak zgrania, ale przede wszystkim narzuca się to, że naszym zawodnikom nie chce się biegać, po podaniach piłka odskakuje im na dwa metry od nogi, nie potrafią przejść przeciwnika zwodem, stworzyć liczebnej przewagi. Strzały z dystansu lecą przeważnie w „kosmos”. Oczywiście tym słabeuszom brakuje ambicji, liczy się tylko kasa. Zwycięskie drużyny w lidze, walczące o Champions Leauge, po sezonie zamiast się wzmacniać, wyprzedają najlepszych, którzy zamiast bić się o historyczny awans i zaszczyt wolą grać np. w Bundeslidze. Przykładem jest tutaj Robert Lewandowski, najlepszy strzelec Lecha, który mógł z Kolejorzem zagrać w piłkarskiej elicie, ale wolał przejść do Borussii Dortmund, która na grę w LM nie ma szans, bo w Niemczech są dużo lepsze kluby. Gdzie tu sportowa ambicja?

Gra w reprezentacji też dla nich niewiele znaczy, Lewandowski nie potrafił strzelić gola Finlandii. Radosław Gilewicz stwierdził niedawno, że polscy piłkarze są słabi, ale zbyt dużo zarabiają. Coś w tym jest. Artur Sobiech niedawno przeszedł z Ruchu do Polonii Warszawa, świadomie rezygnując ze startu w europejskich pucharach. No cóż, to bardzo młody zawodnik a aspekty ekonomiczne są dla niego ważniejsze od sportowych. Ale co tu zrobić, skoro nie zmienimy takich piłkarzy? Przecież nie skorygujemy ich mentalności. Może warto, co jest zadaniem selekcjonera, postawić na młodych piłkarzy, którym będzie zależeć, wywalić starych nażelowanych wyjadaczy, poświęcić kilka lat, żeby młodzi się ograli. Wydaje się, że może w reprezentacjach młodzieżowych przydałyby się jakieś zajęcia wychowawcze, dające młodym ludziom zacięcie a także pewien rodzaj patriotyzmu sportowego, polegającego na tym, że gra w kadrze to zaszczyt i honor, a nie okazja by wypromować się i znaleźć zatrudnienie na Cyprze. Stworzenie paczki przyjaciół, którzy chcą zdobyć mistrzostwo świata może zniwelować brak umiejętności, zastępując je taktyką, kondycją i zgraniem, a przede wszystkim zaangażowaniem, którego u polskich piłkarzy nigdy nie widziałem. Brak mentorów – żałosna polska myśl szkoleniowa.

Kolejnym problemem piłki jest brak dobrych trenerów. Ci co są, to piąta liga europejska. Niestety część starej gwardii nie może zrozumieć, że najlepsze lata ma za sobą, np. Piechniczek ostatni sukces odniósł w 1986 roku, gdy wyszedł z grupy na MŚ z Meksyku, a powiedzmy szczerze, nie jest tak wybitny jak Alex Ferguson. Gdy słyszę tego człowieka, wymądrzającego się ze swojej Wisły z tego fotela przy kominku, to zastanawiam się, czy się śmiać czy płakać… Kolejni za starzy to Gmoch, nasz mundialowi rysownik, a także Stejalau, niestety Jan Tomaszewski, Zbigniew „0:1 Łotwa” Boniek i wielu innych. Janas i Engel to też trenerka o ograniczonym potencjale. Niestety młodzi trenerzy też nie wróżą sukcesów. Zachwycona „sukcesami” Skorży w meczach z Levadią Tallinn, Legia zatrudniła go jako trenera. Jak wiadomo w PZPN-ie jest wrogość do zagranicznych trenerów pracujących w Polsce. Lansuje się na siłę swoich kolegów, podpierając się mitem „polskiej myśli trenerskiej”. Gdzie są te osiągnięcia, gdzie sukcesy? Awans do mistrzostw i żałosna postawa na turniejach na pewno nie satysfakcjonują polskich kibiców. Przykład Leo Beenhakkera pokazał, że warto postawić na trenera z zagranicy. Wycisnął z naszych kopaczy tyle, ile się dało. Po raz pierwszy pokonaliśmy w meczach o punkty liczące się firmy, takie jak Portugalia i Czechy. Niestety Leo nie przywykł do obyczajów polskich zawodników i nie mógł upilnować biesiadników, którzy zamiast trenować, woleli walić wódę w nocnym klubie. Nie dziwię się zatem, że przestało mu zależeć. Trop zagraniczny wydaje się jednak właściwy. Jest kilku trenerów, którzy zagoniliby do roboty polskich kopaczy, może ich polski asystent wyszukałby młodych walczaków. Przykłady sukcesów Otto Rehagela, który trenował Greków, mogą być kierunkowskazem. Zatem olać polską myśl szkoleniową i postawić na international level w trenowaniu i selekcji.

Media – kreacja pseudogwiazd, pompowanie dziurawych balonów. Dużą winę w klęskach polskich piłkarzy ponoszą media, które nadmiernie lansują i promują polskich kopaczy. Ciągłe dyskusje o tym, gdzie zagra Lewandowski, że może być gwiazdą Bundesligi zapełniają czołówki sportowych gazet. Nie ma natomiast refleksji o polskim futbolu i rzeczywistej analizy sytuacji. Jest to twórczość pokazująca zakompleksienie Polaczków, którzy się dowartościują gdy ich zawodnik zagra w znanym zagranicznym klubie. Wow, wyjechał do Niemiec! Wcześniej też dmuchano w balon z Żurawskim, a skończył słabym występem z Karabachem, tułając się poprzez Grecję i Cypr. Drodzy dziennikarze, gdzież się podziała ta Wasza gwiazda z Celticu, którą tak wówczas chwaliliście? Podobnie było z Niedzielanem, Matusiakiem, a ostatnio ze Smolarkiem, który zamiast szukać klubu, szukał dobrego kontraktu. Tych wszystkich piłkarzy lansowano w mediach, robiono z nich gwiazdy. Rzeczywistość zweryfikowała ten aplauz, nic nie pokazali na Zachodzie, potem nikt już ich nie chciał. Żaden klub nie proponuje za polskich piłkarzy dużych pieniędzy, podczas gdy na Bośniaka Dżeko potentaci wykładają po kilkadziesiąt milionów euro. Lansowanie medialne odbywa się też w studiach telewizyjnych, gdzie zaprasza się stare „gwiazdy”. Ciągle obecny w telewizji był Świerczewski, Hajto, wciąż mądrzy się Szczęsny, natomiast Majdan bardziej niż umiejętnościami bryluje jako celebryta, będąc bohaterem Pudelka. Rolą dziennikarzy powinna być rzeczowa debata na temat polskiej piłki, realne ocenianie szans, uczciwy komentarz a nie lansowanie gwiazdorów i snucie nierealnych scenariuszy ich rozwoju. Blamaż z Karabachem, 0:6 z Hiszpanią, gdzie te gwiazdy.

Naiwny kibic-„Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało” Niestety do kondycji polskiej piłki przyczyniają się polscy kibice. Nie myślę o szalikowcach, którzy mają do tej kwestii inne podejście, ale o tak zwanych „piknikach”. Powiem szczerze, że gdy nasza kadra przegrana, nieambitna, bezbarwna, wracała z Korei, czy też Niemiec i witali ich polscy kibice z radością rycząc” „Nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”, wstydziłem się zarówno za piłkarzy jak i fanów. Kiedyś, gdy Włosi wracali bez medalu z mistrzostw, witały ich zgniłe pomidory ze strony tifosi. Nie nawołuję oczywiście do rzucania w naszych kopaczy warzywami, ale za te baty co dostają na imprezach, powinni usłyszeć i poczuć dezaprobatę ze strony kibiców. Ci niestety, podlizując się piłkarzom na lotnisku, pokazują że nie mają godności. Zapominają, że piłkarze wykonują pracę, za którą dostają wynagrodzenie, a kibice płacą, bądź za pakiet sportowy w telewizji lub też kupują bilety. Uważam, że każdy szanujący się kibic (nawet ten „piknik”) powinien pokazać, że skoro piłkarze mają go gdzieś, on odwzajemni się tym samym. Stadiony powinny być albo puste albo pozbawione dopingu. Trudno bowiem wspierać kogoś, kto gra na pół gwizdka, albo już wcześniej sprzedał mecz. Działacze-jak się nie narobić, żeby zarobić Ważną rolę odgrywają klubowi działacze, którzy niestety traktują piłkarzy jak inwestycję- tanio kupić, drogo sprzedać. Nie jest to receptą na sukces sportowy. Brakuje myślenia perspektywicznego, budowania zaplecza, silnej kadry, zespołów młodzieżowych, dobrych trenerów zagranicznych. Każdy mały sukces na krajowym podwórku powoduje wyprzedaż najlepszych graczy. To ma być recepta na sukces? To żadni biznesmeni, żadni działacze. Wszystkie te czynniki, o których pisałem osłabiają polską piłkę, na zmiany potrzeba lat, ale przecież kiedyś trzeba zacząć, bo inaczej uciekną nam takie „potęgi” futbolowe jak Malta i Gabon. Będziemy mieć piękne stadiony na Euro 2012, ale nie warto będzie pokazywać na nich naszych piłkarzy.o scenariusz jest zawsze taki sam: pierwszy jest meczem otwarcia, drugi walką o wszystko, trzeci natomiast jest spotkaniem o honor. Nasze drużyny przegrywają w pucharach z drużynami z Azerbejdżanu, Estonii, męczą się z maltańskimi „potentatami”. Reprezentacja nie potrafi strzelić bramki Finlandii, dostaje baty od Hiszpanii, co cieszy trenera kadry.

Autor: Krzysztof

Socjolog, pasjonat fotografii i redaktor w NiezalezneMedia.pl.

Rating: 4.1. From 19 votes.
Please wait...

Jedna myśl nt. „Polska piłka, dno dna i dziesięć metrów mułu”

  1. no troche ci nie wyszlo z Lewym bo Borussia jest teraz mistrzem Niemiec i to wlasnie dzieki niemu. Ale co do odpadania polskich mistrzow z europa league to wlasnie dzisiaj wylecialy wszystkie 😀 juz w zasadzie nie maja po co grac meczy rewanzowych za tydzien bo szanse maja tylko na papierze

    4

    1
https://samozamykacze.eu/pl/c/ASSA-ABLOY/98

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.